
Gdy myślę „szkoła”, mam mętlik, a przecież znam szkołę od podszewki nylonowego fartucha, chodzę w końcu do szkoły od 35 lat… Próbuję jak antykwariusz obejrzeć szkołę pod różnym kątem, oszacować jej wartość, docenić, ale też dostrzec cienie, rysy i skazy. Fachowcy powiedzą pewnie, że dojrzałam jako nauczyciel, ja śmiem twierdzić, że dopadł mnie naturalny po blisko dwudziestu latach na etacie nauczyciela, lęk przed rutyną albo dał o sobie znać instynkt samozachowawczy, by pracować ciekawiej, mądrzej, fajniej. Znam szkołę jako uczennica, ale to była inna szkoła, nie mówię lepsza czy gorsza, inna.
Od paru miesięcy widzę szkołę jako rodzic pierwszoklasisty. A to zmienia perspektywę. Widzę mojego syna z parokilogramowym plecakiem i myślę: szkoła to ciężka sprawa. Plecak waży, a nie musi.
Szkoły się nie lubi, a nie powinno być ku temu powodów. Bo przecież szkoła to my. My – nauczyciele, my – rodzice i ci najważniejsi „my” – uczniowie. Dlatego, gdy myślę „szkoła”, to marzy mi się przestrzeń, którą wszyscy razem budujemy, zmieniamy, dostosowujemy do potrzeb. Jest wielu fantastycznych pedagogów, nauczycieli-pasjonatów, artystów – rzemieślników edukacji, dyrektorów – nowoczesnych menadżerów placówek oświatowych, są rodzice coraz częściej angażujący się w życie szkoły, są wreszcie uczniowie, mądrzy i twórczy, szukający i pytający, błądzący po drogach a czasem po bezdrożach wiedzy, a ja wiem, że dla nich warto chodzić do szkoły.
Mówimy o nich „e-generacja”, „cyfrowi tubylcy”, bo potrzebują innych bodźców niż pokolenie ich rodziców, ale to nie wina czy skaza, to znak czasu. Szkoła musi się zmieniać szybciej niż kiedyś, bo świat szybciej teraz funkcjonuje. Szkoła nie może być „hamulcowym” postępu, szkoła musi ten postęp dobrze i mądrze wykorzystać. Ja wierzę w nowoczesną edukację, w nauczycieli i uczniów, którzy znajdują wspólny język. Wierzę w konieczność i bezapelacyjną wartość nauczania o świecie, który był, który jest, a szczególnie, który będzie, bo za chwilę cyfrowi tubylcy będą się musieli odnaleźć w tym świecie i zapracować na nasze emerytury. Dlatego dyrektor, nauczyciel musi być po trochę rzemieślnikiem zakorzenionym w dobrych i sprawdzonych metodach, ale też śmiałym wizjonerem, który nie boi się nowych technologii, bo ma pomysł jak je wykorzystać w szczytnym celu, jakim jest dobra szkoła.
Pracuję w zespole pasjonatów dobrej szkoły, zrealizowaliśmy wiele pomysłów, projektów edukacyjnych, cztery innowacje pedagogiczne… Od jakiegoś czasu dojrzewa w nas potrzeba podzielenia się swoją wiedzą i pasją. Pasja do szkoły? Nie do wiary, a jednak istnieje. I oby była zaraźliwa…

